2010
* * *
co jest między nami
teraz wie to powietrze
kiedy w tobie znalazłem
wejście do wielu światów
nie mogłem uwierzyć
że idealne bryły platońskie
to tylko pięć wielościanów
o tylu twarzach
żadnej nie odda szyfr
/11.2010 - 01.2011/
* * *
przeżyliśmy radośnie
nagły atak lata
zaplątani w dzikie słowa
potem były pytania bez sensu
odpowiedzi bez odpowiedzialności
mężczyzna który oddaje się
przez krew
jest jak chłopiec bez łódek z kory
kobieta zawrócona w połowie drogi
traci imię
chcąc wiedzieć kim jest
teraz mamy spodziewany
akt zimy
/11.2010 - 01.2011/
na marginesach
(z inspiracji "mediami" Jacka Sojana)
ileż to razy dostałem pałę
za brak marginesów
bo w zeszytach drukowanych
wtedy ich nie było
"żebyście się nie odważyli
przekraczać linii marginesu!"
- pouczała pani nauczycielka
teraz na głównych łamach
króluje jakaś mucha bez stanika
strony są upstrzone
śladami od nóżek
pozostają nam tylko marginesy
na których zapisuję uwagi
do czytanych wierszy
jak ten o celebrytach bez desusów
w którym prosi się o uczczenie ciszy
ciszą?
bo na marginesach nie ma
list przebojów i niema
bywa paszcza monitora
zmężniałem
coraz trudniej się zapiąć
robię wciąż nowe dziurki
w tym wieku nawet bez okularów
z oczu mi patrzy mąż i mężyna
podejrzewam że z czasem
stanę się czworonożny
a ból w brzuchu przed świtem
to tylko odrastająca pępowina
lato 2010
kiedy stary poeta zostaje ojcem
kiedy stary poeta zostaje ojcem
brakuje mu już słów żeby to opisać
świat się zwielokrotnił ponad miarę rozumienia
może wtedy tylko płakać ze szczęścia
bez oglądania się na kanony estetyki
stać się nawet kiczem z krwi i kości
wszystkie głosy świata powoli milkną
a on czeka żeby usłyszeć
jej pierwszy krzyk nienasycenia
luty 2010
* * *
z zamkniętymi oczami
stary mężczyzna
w pustym pociągu
płaszczyzny śniegu
zimowe słońce
jasna twarz
krzyżujące się tory
dudnienie opada
po horyzont
zarys domów
plama lasu
cisza
na błękicie punkt ruchomy
gałęzie jak siatka
gałązeczki
a ty
jak kochasz Boga
01.2010
* * *
życie mnie przerastało
w wielu miejscach
blizny rozgałęzień
załamywanych jak ręce
jednak każdej wiosny
zieloność kiełbi się
w głowie
przyrasta ciężar odwagi
lato wyszumi
pierwsze śliwki pod jesień
może będą słodsze
zimą utulą nas porosty
12.2009/01.2010
2009
modlitwa 2
przychodzisz do mnie
w samym środku nocy
kiedy oddech chrapliwy
który przed chwilą śniłem
czego nie rozumiem
a jeszcze pamiętam
przerażenie że nie mogę
powiedzieć nawet słowa - z martwych
ust słysząc jednak wyraźnie
jak zbliżasz się do mnie
potykając w lewą stronę
czego ty chcesz ode mnie - bracie
11.2009
modlitwa 1
kiedy mnie budzisz przed świtem
nie głosem zimnych ptaków
ani poruszeniem topoli
kiedy nie wiem czy sen jest
jeszcze tylko we mnie czy
pochłania wciąż świat
nie przychodzą do mnie bliscy
których dawno pożegnałem
ni cienia oddechu
kiedy budzony nie wiem dlaczego
wciąż mam bezwładny język
tylko myśli są żywe
nie widzę twoich znaków
nie słyszę słów i nasza rozmowa
jest możliwa tylko w milczeniu
11.2009
* * *
wystarczy zamknąć oczy
żeby móc zobaczyć
nasz stary dom
pełen niejasności
po pierwsze piwnica
z wejściem od podwórka
schody ginące w dole
drzwi a dalej ciemność
zapach kiszonej kapusty
ogórków i wilgoci
zacierały smak siarki
w wysuszonym gardle
w każdym kącie coś było
a przynajmniej być mogło
pajęczyna wzrok myszy
nawet dziura do piekła
bo bez granic są myśli
kiedy strach ssie żołądek
pięcioletni mężczyzna
w środku dnia w środku nocy
jak te czasy się plączą
było jest pewnie będzie
pulsowanie krwi w skroniach
zaklinanie przed świtem
pozwól dobiec do światła
pomóż dotrwać do życia
stoję w tamtej piwnicy
z otwartymi oczami
12.2009
* * *
teraz łapię się na tym zakręcie
że chciałbym coś powiedzieć bratu
a to prosta przez miasto
i dalej - od kaplicy do płaczu
przed miesiącem głos w telefonie:
"już końcówka ale przyjedź"
podróż od dawna zaplanowana
powrót syna do ziemi niczyjej
przebite wenflonami zimne ręce Leona
i szalone modlitwy o cud
"on odchodzi - zrobiliśmy już wszystko"
.......................
w bezsenne noce wiatr nas oszukuje
łopotem szemraniem wśród liści
prostuje się zakręt wygina prosta
łatwy sen się nie wyśni
(czerwiec - lipiec 2009)
* * *
Anioły /.../ podobno "zazdroszczą" ludziom łez*
kiedy byłem już duży
to znaczy po śmierci ojca
gdy przejąłem obowiązek
rąbania drewna na zapas
na cała zimę -
moja mama
powtarzała często:
mam w piersi taki kamień
on rośnie i dlatego nie mogę
płakać - ani jedna łza
nie ulży mojemu sercu
od tej pory staram się
kontrolować stan płuc
zestaw szczepień ochronnych
eksponuję na karcie pacjenta
odbyłem rozmowy ze specjalistami
od radzenia sobie z życiem
zdobyłem co zdobyłem
jestem - kim jestem
wiem że tak powinienem skończyć
ten wiersz - nie używać więcej słów
"serce" i "łzy" które są źle widziane
we współczesnej poezji
ale chciałbym móc jeszcze kiedyś
ulżyć sercu i zapłakać
nad sobą
(* - wg Tomasza Akwinaty)
10.2009
* * *
a więc doszliśmy do ściany - ok
od dziś moje dni będą polegały
w rytm przyjemnej muzyki
ulegając wizjom łatwego pocieszenia
cieniowany zajączek na ścianie
będzie jedynym wyjaśnieniem
bo wierzę w ciebie od trzech
i pół roku do obłędu
dziś przypuszczam że to skutek
poetyckiego paktu w wierszu
sprzed lat który był polityczny
ale metafora przekroczyła granice
teologiczne - czy metafora może
mieć jakiekolwiek granice - nie
wiem że mam ograniczenia jak zawsze
zasypiając nie w porę
jeden pramolan nocy nie czyni
za oknem moknie listopad
leżę czytając list o diabłach
z radia brzmi anielska muzyka
12.2009
360 dni bez ciebie
pomyślałem: zdarza się
nie przespać całego dnia
a nawet często budzić przed świtem
- dokładnie licząc
rok to aż 365 dni
10.2009
* * *
w środku miasta, w astronomicznej
połowie dnia - dwóch starych poetów
uśmiecha się do swoich słów, są jak
gwiazdy południa wystawione
w gablocie niedzieli przed oblicze
maluczkich - kiedy czytają wiersze
pomyślałem jak niewiele ich dzieli
od dawnej poezji - słyszę rytm i melodię
a nawet coś na kształt średniówki
kiedy słowa brzmią w obcym języku
którego nie rozumiem - sens przekładu
rozjaśnia spojrzenie i chwytam
w kącikach rzadkich zmarszczek
na ich twarzach diabelskie ogniki
- tak, ironia jest lekiem dzisiejszego świata
bez szans na wyleczenie, o czym wiedzą
na pewno obaj: liryczny cynik z wcielonym
duchem piotrusia pana i elegijny tłumacz
snów z melencholijnym passio na twarzy proroka
kiedy wychodzę na krakowski rynek nagle
zimne powietrze przywraca mnie
tej jesieni
(25 października 2009 godz. 12
- Hans Magnus Enzensberger i Ryszard Krynicki
w Intytucie Goethego w Krakowie)
Konstytucja M
mężczyzna nie ma ciała
jego narządy są dzikie
jak zwierzęta w pościgu
z bólu w ucieczce gdzie strach
strup nosi w miejscu serca
szorstki i wciąż bardziej martwy
w połowie sobie obcy
płynąc przez wody płodowe
kołysze go stara szajba
sromotnie do wyspy ze wzgórzem
inwazja jest jego pieśnią
wzdłuż blizny kryjącej ranę
w tej czułej wojnie ze słów
obudzonych przed świtem
wykrwawia martwy już język
mnożąc rodzajniki
*
gdy twoje ciało drżeć zaczyna -
facet tego nie zrozumie
06. 2009
bolisz doskonale
od dziś czy od wczoraj
ten czas jest jak rana
z odjętego żebra
która mogła leczyć
jak sen
ale niema
postać stoi w ogrodzie
nocą otwarte muzea
przechodnie spacerują
po dachach kamienic
- ja zabijam kogoś
zrzucając w dół
ze strachu czy złości
doskonale boli
bezsens - bezsen
bez ciebie
06. 2009
odwaga
pogoda z tych podłych
taka jesień - mówi młody poeta
cytując siebie ze snu
uderza dłonią powietrze
żeby przeciąć niewidzialne
które łączy ze światem
czeka na olśnienie
psując oczy przy raportach
z cudzej świadomości
--------
boję się codziennie
o szóstej trzydzieści
gdy dzwoni budzik
ograniczając ruch
wczoraj nagle zrozumiałem
że odwaga jest niezależna
od smaku
to kwestia przyznania racji
chaosowi
2006 - 2009
trzy listy z zimy - niedokończone / 2
byłem znów senny jak rok
wcześniej w krainie pomiędzy
dając sobie czas
dziś w środku zimy jestem
jak gacek obudzony światłem
wystawiony ślepo na świat
nazareth jest ciche - piszesz - tyberiada
i słońce prosto z nieba
żadnych śladów bomb
na wzgórzach golan sycą się turyści
tu strzela kra na rzece i kra
czerń w bieli śniegu kraków
obraca się na nice jak oblicze
Boga między starym a nowym
testamentem
02. 2009
trzy listy z zimy - niedokończone / 1
przestałem być twoim wierszem
mam inne powietrze za oknem
mróz jak cholera przejściowy klimat
starym zwyczajem wieszam na balkonie
skórkę słoniny dla sikorek to jedyne
co chcę zachować teraz
minęły lata histeryczne smaki
i mgieł migracje w zardzewiałe drzewa
wszystko w białym śnie
więc nie pytaj o wiersze Brodskiego
na Boże Narodzenie nie wiem gdzie
zginęły razem z tobą nie jestem
01. 2009
początek strony
2008
camera obscura
ma aparat na klisze
jest artystą
ma aparat bez kliszy
jest człowiekiem
*
boli go głowa serce
ale lubi ciało
młodsze
siebie sprzed lat
w pozycji leżąc
- tak tworzył najpiękniejsze akty
bolą go wspomnienia
*
budzi się często w nocy
i błyskawicznie zaciska powieki
- to najlepszy sposób na sklejenie
urwanych snów
chroni przed wyzwoleniem
echa z pamięci
przed światło świadomości
*
gdy rano otwiera oczy
- ślepnie
od nadmiaru kolorów
przez lata zbierał filtry
zmrużenia
poszukiwał sposobów ujęcia
migawek znaczenia
słowa
cokolwiek to jest
dyfuzor - ten kto rozlewa
sztuczne światło
na obraz i podobieństwo
pogodnego zmierzchu
*
z wierzchu na dłoni
zapisane ma kilka plam
ale jego skóra jest jeszcze
jasną błoną jest
światłoczułą klatką
do uchwycenia niewidzialnego
wciąż można z niego wywołać
jakieś marzenia
12. 2008
za ścianą
stara kobieta
która kiedyś była młodą poetką
mówi halo
halo
jakby to była zabawa
w głuchy telefon
nie słychać
czy odpowiada jej echo
w słuchawce
w pustym mieszkaniu
nie ma nawet kota 22.11.2008
W moim martwym języku
kiedyś rano ci umrę
w pamięci
z dwóch lat
poszukiwań najlepszego porównania
dla twoich oczu
kiedy płaczesz
to może być
przełamanie
dobre jak
modlitwa
powtarzana bez zrozumienia
w martwym języku
więc kiedy nagle umrę
cały - nie płacz
wtedy nikt już nie nazwie
twoich oczu
wrzesień - październik 2008 początek strony
KILKA DOWODÓW NA ISTNIENIE
*
gdy świtem zmarznięta wracasz do pościeli
przypomina mi się zimowy dzień
kiedy połykam wprost na język upadłą
białą gwiazdę z nieba
*
dziś na poręczy krzesła
siadła między nami
zapłakana kura
nim czerwony śpiew koguta
zza lasu nie wywoła dnia
zanim słońce nie błyśnie
na wilgotnych lotkach
*
niebo było gwiaździste i noc
ostrzyła w ciemności szelest
zacierając kształty leżących w trawie
być może naszych ciał - zanim świt
zakończy ten rozdział mgły
stopią się w łąkę srebrząc
wilgocią jak w chwili słabości
zbudzić się bez ciebie - obok
ulegać pod naporem strachów
o których się nie śniło nawet
sierpień - wrzesień 2008 początek strony
54 (słowa)*
zaczęło się w lipcu 1954
piosenką o moich butach
w błękitach - na skróty
do pierwszego wiersza
"w yellow-bahama gamach"
już nie dzieci-kwiaty
ale bananowe pokolenie
bez bananów na co dzień
potem zabawy przy rewolucji
wrzaski i głosy
geograficzny język
błoto i muł moralnego potopu
przyrost na wyrost -
żeby to dziś opisać
nie mam słów
* (czyli najkrótsza historia, może być rockandrolla)
lipiec 2008 początek strony
Jak główna wygrana w totka
[brudnopis]
...i kto by pomyślał trzydzieści
albo i jeden lat temu
o takiej perspektywie
- przeżyć czy dotrwać to nie wchodziło
w tekst nawet zbiorowych nadziei
dwadzieścia jeden szczęśliwa
pora alicji więc zaczarowanie
a dwadzieścia trzy? oślepnąć
ulegać porom roku przez pięć
śliskich zim upadać podnosić
się w nowym życiu znaleźć
jak w lustrze powtarzać sylaby
ba ba ma ma ta ta aż do
stół z powyłamywanymi rękami
średnio suty średnio syty
z rozszczepionym kręgosłupem
moralnym oczywiście to metafora
i tak dalej - im dalej
mi ciemniej - świecenie wszystkim
kto by pomyślał krok
przed wielką wygraną zupełnej zatraty
wyda się prawdą że trzyma nas jeszcze
tylko stary pies: spacer
karmienie i głaskanie - od czasu do czasu
niektórzy czekają na pointę
wiem nie będę już
dłużej ukrywał
szczęśliwe numerki to:
pięć cztery trzy dwa jeden zero
maj-czerwiec 2008
początek strony
|